sobota, 4 lutego 2017

T2: Trainspotting - recenzja


Na „T2: Trainspotting” czekałem od kilkunastu lat, bo pierwsze informacje o potencjalnym sequelu pojawiały się już w latach 90. Wiele czynników sprawiło, że nie było to możliwe przez pierwsze 10 lat od premiery. Danny Boyle i Ewan McGregor nie potrzebowali tego do szczęścia, bo ich kariery rozwijały się całkiem nieźle bez tego, do tego pokłócili się ze sobą na przełomie stulecia i przez lata nie odzywali do siebie. Boyle nie do końca też był zadowolony z książkowej kontynuacji („Porno”). Przez te 20 lat napisano wiele wersji scenariusza, albo jego zarysów, żaden jednak nie zachwycił na tyle, żeby w końcu odpowiednie tryby zaskoczyły i realizacja ruszyła pełną parą. Na serio zaczęto nad tym myśleć dopiero kilka lat temu, gdy panowie w końcu pogodzili się i znowu zaczęli ze sobą rozmawiać. Boyle twierdzi teraz, że zawsze planował odczekać przynajmniej dwie dekady, żeby aktorzy byli już odpowiednio dojrzali. Nie do końca w to wierzę, ale niech mu będzie, że tak właśnie było.

Nie będę się wdawać za bardzo w szczegóły fabuły, bo skoro zwiastuny zbyt wiele nie zdradzały, to ja tym bardziej nie zamierzam tego robić. Renton po małym epizodzie zdrowotnym związanym z wadliwym sercem, postanawia porzucić Holandię, w której ukrywał się przez ostatnie 20 lat, żeby zobaczyć się w końcu z rodziną oraz kumplami, których okradł przed laty. Mama niestety już nie żyje. Spud jest w kiepskiej kondycji psychicznej, przytłoczony obowiązkami rodzinnymi oraz niemożnością całkowitego zerwania z nałogiem. Sick Boy widząc Rentona rzuca się na niego z pięściami, a Begbie… no cóż, jest tam, gdzie został odstawiony pod koniec pierwszego filmu, czyli w więzieniu. Oczywiście szybko znajdzie sposób żeby się z niego wyrwać i rozpocząć polowanie na Rentona. Bynajmniej nie w celu wspólnego powspominania starych dobrych czasów.


Smutne jest to, że nawet 20 lat okazało się zbyt krótkim okresem, żeby napisać scenariusz chociaż w połowie tak dobry jak ten z pierwszej części. Ciężko się temu zresztą dziwić. Pierwszy „Trainspotting” był dziełem niepokornego młodego filmowca oraz szalonej ekipy, której nawet się nie śniło, że robią właśnie jeden z najważniejszych filmów dekady, który zrewolucjonizuje brytyjskie kino. Sequel jest już dziełem starszego pana, który próbuje być równie niepokorny i oryginalny, co dwie dekady wcześniej, ale wychodzi mu z tego sentymentalna opowiastka, którą próbuje ubarwić energiczną i nowoczesną stroną formalną, ale sprawia to tylko wrażenie wymuszonego efekciarstwa.

Największy problem „T2: Trainspotting” leży jednak w tym, że po prostu zabrakło pomysłu na ten film. Pretekst do skrzyżowania ścieżek dawnych przyjaciół jest… no właśnie, tylko pretekstem. Jest to zupełnie nieprzekonujące. Boyle najwyraźniej jest tego świadomy, bo próbuje odwracać uwagę widza licznymi nawiązaniami do oryginału oraz znanymi twarzami. Chyba ma nadzieję na to, że stęskniliśmy się za tymi postaciami na tyle bardzo, żeby wybaczyć wątły początek i cieszyć się z obserwowania ich nowej wspólnej przygody. Bohaterowie przez te 20 lat niewiele się zmienili, wciąż popełniają te same błędy i dalej nie mają sensownego planu na życie. I nie byłoby to nawet złym pomysłem, gdyby tylko zostało opowiedziane z równą swadą i lekkością co w oryginale. Tymczasem film chwilami się dłuży, a historia ma nierówne tempo, o płynności narracji oraz energii na poziomie pierwszego „Trainspotting” można więc zapomnieć. Nie brakuje udanych scen, jest nawet kilka perełek, wiele innych jednak niepotrzebnie rozciąga film, niewiele z nich wynika i chwilami wręcz nużą. Boyle żeruje na nostalgii odbiorcy i ciągle nawiązuje do scen z pierwszej części, ale nie dość, że wielokrotnie odgrywa je na nowo, co byłoby fajnym ukłonem w stronę fanów, gdyby było stosowane rzadziej i subtelniej, to jeszcze do tego odtwarza rzeczy nagrane w latach 90. Jest to dość dziwne, bo sprawia wrażenie, że reżyser nie miał zaufania do nowego materiału więc zamiast tego wolał bazować na sentymencie odbiorcy do tego, co zostało już nakręcone. O dziwo, nawet soundtrack, mocny element każdego filmu Boyle’a, nie zachwyca tym razem. Możliwe, że przy kolejnych seansach to się zmieni, ale największą radochę sprawiły mi piosenki znane z pierwszej części (czyli kolejny przykład recyklingu pomysłów). Oprócz tego w pamięci zapisały mi się tylko trzy piosenki: znany utwór wykorzystany w scenie konfrontacji Begbiego z Rentonem, kawałek Queen oraz cover „Lust for life”. Jeżeli więc coś cechuje dobrane do filmu piosenki to ich oczywistość albo odtwórczość względem oryginału. Słabo.


Ponarzekawszy już sobie, muszę jeszcze raz wspomnieć o tym, że w filmie nie brakuje fajnych i pomysłowych scen. Moim faworytem jest ta w toalecie, gdy dwie postacie początkowo nie wiedzą, kto siedzi w kabinie obok i dochodzi pomiędzy nimi do krótkiej konfrontacji słownej. Cudowny jest ten moment, gdy zaskakują im w głowach odpowiednie trybiki i dopasowują głos do dawno niewidzianej twarzy. Mistrzowska scena. Gdy już mamy za sobą nieco zgrzytający początek i obowiązkową szamotaninę, to całkiem fajnie poprowadzona jest później relacja Rentona z Sick Boyem, którzy powoli odkrywają jak bardzo im brakowało siebie nawzajem, a zarazem nie zapominają, że ich przyjaźń jest trwale skażona przez przeszłość. W chwili brutalnej szczerości rzucają sobie w twarz niewybaczalnymi grzechami, które obaj mają na sumieniu. Ciekawie poprowadzona jest też postać Begbiego, bo zaprezentowano delikatniejszą stronę jego osobowości oraz opowiedziano trochę o jego przeszłości, ale najlepszy jest oczywiście wtedy, gdy wskakuje w tryb totalnego psychola. Najbardziej niewykorzystany jest Spud, któremu poświęcono kilka dobrych scen, ale najlepszą zaprezentowano już w zwiastunie.

O „T2: Trainspotting” cieplej myśli się kilka dni po seansie, gdy już zapominamy o wszystkim tym, co nam przeszkadzało, a wciąż pamiętamy wszystko to, co było w nim dobre, niż podczas samego oglądania, które potrafi się dłużyć. Być może wynika to z tego, że postacie są bliskie widzowi, więc mimo wszystko darzy się ich dużą sympatią i wybacza mało pociągającą historię, w którą zostali włożeni. W efekcie zaczynam teraz powątpiewać w słuszność wystawionej oceny, bo uśmiecham się na myśl o tym, co mi się w filmie podobało, a nie pamiętam już o wielu minusach. A może miałem wtedy zły humor, może nie jest to tak złe, jak mi się wydawało? Jest to chyba klasyczny przykład efektu wyparcia, bo tak samo oszukiwałem się przez pierwsze 20 minut filmu, ponieważ bardzo chciałem żeby mi się spodobał. I dalej chcę. Dlatego pomimo tego, że pod koniec seansu rozważałem ocenę 5/10, wystawiam teraz bardziej szczodrą szóstkę. Kiedyś jeszcze wrócę do filmu i zrewiduję to, w dół albo w górę, mam wrażenie, że niestety jednak w dół. Prędko się jednak o tym nie przekonam, bo do kina z całą pewnością nie wybiorę się drugi raz. Szkoda, że ten projekt nie wypalił. A tak obiecująco wyglądał...

1 komentarz:

  1. Szkoda. A tak czekałam (czekam nadal) na ten film. Oglądałam pierwszą część dość dawno i od tamtej pory seansu nie powtarzałam, więc może, w moim przypadku, reżyser dobrze mnie podejdzie tymi wspominkami.

    OdpowiedzUsuń