sobota, 7 stycznia 2017

Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie - recenzja


Jeżeli zamierzacie przez weekend obejrzeć w kinie tylko jeden film, na młot Thora, nie oglądajcie „Assassin’s Creed”! Wybierzcie się na „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”. Pod tym nieco odstraszającym tytułem (oryginalne „Perfetti sconosciuti” zgrabniej oddaje sens filmu, szkoda, że polski dystrybutor nie zdecydował się na „Zupełnie obcych”) skrywa się mała perła. Film pierwszy raz obejrzałem podczas zeszłorocznych Nowych Horyzontów, gdzie skradł serce niemal całej widowni. Nie wyrobiłem się wtedy czasowo z napisaniem o nim, ale wiedziałem, że jeszcze do niego wrócę przy okazji premiery kinowej, bo tytuł ma pewne miejsce na mojej liście najlepszych filmów dystrybuowanych w tym roku w Polsce.

Historia opowiada o spotkaniu towarzyskim grupy przyjaciół. Kilka par małżeńskich o różnym stażu oraz ich kolega, który zostawił swoją nową partnerkę w domu. Mężczyźni znają się od dziecka, a panie „wkradały” się do tego grona poprzez związek z nimi. Biesiadnicy znają się jak łyse konie, a przynajmniej tak im się wydaje. Na początku imprezy ktoś rzuca pomysł, żeby wszyscy położyli na stole swoje telefony komórkowe i do końca spotkania odczytywali na głos każdą wiadomość tekstową oraz e-mail, a rozmowy telefoniczne były prowadzone po przełączeniu się na głośnik. Niektórzy reagują na ten pomysł nerwowo, inni sceptycznie, ale od słowa do słowa, wszyscy zgadzają się na wzięcie udziału w zabawie, zapewne z obawy, żeby nie wyglądało, że mają coś do ukrycia. Zresztą, jakie straszne sekrety między sobą mogą mieć tak bliscy przyjaciele, prawda? No cóż…

Nie chcę zdradzać zbyt wiele, bo w odkrywaniu kolejnych trupów w szafie, kochanek i wstydliwych informacji z życia osobistego bohaterów tkwi sedno filmu. Historia zaczyna się jak niewinna urocza komedia, z czasem jednak ewoluuje, dotykając coraz mroczniejszych tematów, humor towarzyszy nam stale, ale jest to często śmiech przez łzy, a prezentowany obraz długoletnich związków (i w ogóle jakichkolwiek relacji międzyludzkich) jest dość ponury i przygnębiający. Jest to fantastyczne napisane, oparte na zabawnych i błyskotliwych dialogach, które potrafią rozbawić do łez, ale również wprawić w zadumę. Odegrane jest to wzorcowo (warto dodać, że w obsadzie jest Kasia Smutniak), tempo filmu - pomimo osadzenia akcji w jednym miejscu - jest idealne, kolejne szokujące odkrycia dawkowane są idealne, niektóre można wprawdzie przewidzieć z wyprzedzeniem, ale reżyser w zgrabny sposób przeskakuje pomiędzy bohaterami, przenosząc całą uwagę widza - i pozostałych postaci - na kolejny szkielet, który wyleciał z lekko uchylonej szafy.

Za nieporozumienie należy tylko uznać stronę muzyczną, bo zarówno wykorzystane piosenki, jak i kompozycje Maurizio Filardo, powodują lekkie zgrzytanie zębami. Zbyt często uderza się w tym filmie w tandetne tonacje, niepotrzebnie używa się ilustracji muzycznej w scenach wymagających ciszy, zwłaszcza, że Filardo napisał banalne kompozycje, które w oczywisty sposób korespondują z nastrojem danej sceny. To jednak niewielki zgrzyt, który łatwo zignorować, zaśmiewając się na głos z kolejnych dialogów i fantastycznych reakcji aktorów. Fajne, zabawne, niegłupie i szczere kino. I to cudowne zakończenie, które przypomina nam o tym, że od bolesnej, destrukcyjnej prawdy, o wiele gorsze jest życie w zakłamaniu.


1 komentarz:

  1. Kurczę, a parę dni temu grali to w Toruniu, ale nie wiedzieć czemu, odpuściłem sobie. Czyli już pierwszej rzeczy żałuję w 2017 roku. Fuck :-/

    OdpowiedzUsuń